TATRY ZACHODNIE: OD GRZESIA PO BYSTRĄ

Odkąd przemierzam tatrzańskie szlaki, z każdym kolejnym wyjazdem moją głowę zaprzątają różne myśli i wizje z nimi związane. Marzenia zaczynają się od tych najbardziej typowych związanych z wchodzeniem na kolejne szczyty i przełęcze, po nieco bardziej ambitne, a związane z chodzeniem w Tatry zimową porą czy wspinaczką na słynnych drogach niedostępnych dla ruchu turystycznego. Wielkim tatrzańskim marzeniem jest dla mnie również przejście głównej grani Tatr od deski do deski. Oczywiście, że najpiękniej byłoby zrobić to za jednym zamachem, najpierw latem, później w zimie, ale… …jest póki co zbyt wiele „ale”, więc siłą rzeczy mierzę siły na zamiary i mam zamiar dawkować sobie grań po kawałku. I nie twierdzę, by było to (dla mnie) mniej przyjemne, czy mało wartościowe.

W czerwcu wybrałem się wraz z moim kolegą Grześkiem w Tatry Zachodnie. Postawiliśmy sobie za cel przejście fragmentu grani od Wołowca (2064 m n.p.m.) po Błyszcz (2158 m n.p.m.). Oczywiście nie pominęliśmy w planie wejścia na najwyższy szczyt Tatr Zachodnich – Bystrą (2248 m n.p.m.). Zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to wymagająca wędrówka chociażby ze względu na dystans w terenie z dużą ilością przewyższeń oraz zapowiadane wysokie temperatury. Żeby oszczędzić siły i czas już na stracie zdecydowaliśmy się na nocleg w schronisku na Polanie Chochołowskiej. Dzięki temu w dniu działań mogliśmy wczesnym rankiem skoro świt rozpocząć przemierzanie zaplanowanej drogi. Zaczęliśmy od wejścia żółtym szlakiem na Grzesia (1653 m n.p.m.). Na wierzchołek dotarliśmy w promieniach odczuwalnie już grzejącego, wschodzącego słońca i przy bezchmurnym niebie. Tak Grześ stanął na Grzesiu. :) Okazało się szybko, że już początek trasy był wart planowania drogi z uwzględnieniem tego szczytu. To, co zobaczyliśmy z jego wierzchołka, to jeden z najpiękniejszych tatrzańskich obrazków.

Grań po słowackiej stronie Tatr Zachodnich z dobrze widoczną Banówką.
Grań po słowackiej stronie Tatr Zachodnich z dobrze widoczną Banówką.
Widoczna duża część drogi jaką mieliśmy do przejścia, w oddali po lewej - Bystra
Widoczna duża część drogi jaką mieliśmy do przejścia, w oddali po lewej - Bystra

Salatyny, Skrzyniarki, Banówka, a dalej Wołowiec, Jarząbczy, Starorobociański i inne „gwiazdy” głównej grani Tatr – paradoksalnie najniższych pośród gór wysokich na świecie na wyciągnięcie ręki. Doskonale widać było również wierzchołek potencjalnego celu, najwyżej położonego punku trasy, czyli Bystrej. Na szlaku mimo okresu weekendowego byliśmy sami. Ruszyliśmy dalej w kierunku Rakonia (1879 m n.p.m.), by następnie dostać się na pierwszy tego dnia szczyt grani głównej, czyli Wołowiec. Po drodze podziwialiśmy zacienioną przez ścianę Rohaczy dolinę Rohacką jak również Rohackie Stawy. Po dotarciu na Wołowiec zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową i spoglądaliśmy w kierunku Rohaczy, które stały się bez cienia wątpliwości kolejnymi punktami na liście tatrzańskich marzeń. Na Wołowcu spotkaliśmy również pierwszego tego dnia wędrowca.

Wołowiec
Wołowiec
Grań Rohaczy
Grań Rohaczy
Stawy Rohackie
Stawy Rohackie

Po małej regeneracji i wymianie wrażeń udaliśmy się na podbój kolejnego zachodnio-tatrzańskiego olbrzyma, mianowicie na mierzący 2137 m n.p.m. Jarząbczy Wierch. Gdy dotarliśmy mozolnym i zygzakowatym podejściem na szczyt odczuliśmy już zmęczenie spowodowane przede wszystkim wysoką temperaturą. Powietrze „stało”, a na niebie nie pojawiła się nawet najmniejsza chmura. Istna patelnia! Tutaj też przyszła pora na decyzję co dalej. Powoli kończyła nam się woda, a do Bystrej było jeszcze daleko. Zeszliśmy niżej po krótkim czasie docierając do Kończystego Wierchu (2002 m n.p.m.). Wtedy Grzesiek zdecydował, że w tym miejscu schodzi z grani przez Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.) w stronę schroniska. Uszanowałem tą decyzją, ale miałem parcie i przede wszystkim przekonanie, że powinienem kontynuować trekking. Choć gorąco w połączeniu z kończącymi się zapasami płynów dawały podstawy do zachowania dużej ostrożności, podjąłem decyzję, że spróbuję zrealizować plan. Zawsze miałem możliwość wycofania się w dowolnym momencie. Umówiliśmy się, że gdy Grzesiek dojdzie do schroniska, to zaopatrzy się w wodę i ruszy w kierunku doliny Starorobociańskiej, którą z założenia będę schodził. Ruszyłem zatem na szczyt Starorobociańskiego Wierchu (2176 m n.p.m.).

Południowo-zachodnia strona Starorobociańskiego, w drugim planie grań Bystrej.
Południowo-zachodnia strona Starorobociańskiego, w drugim planie grań Bystrej.

Kilka lat temu, gdy byłem na Ornaku przed wejściem na ten szczyt zatrzymał mnie ból głowy. Teraz już wiedziałem, że nic nie stoi na przeszkodzie bym stanął na wierzchołku. W szybkim tempie osiągnąłem cel i nie zwlekając rozpocząłem zejście w kierunku Liliowego Karbu. Postanowiłem, że tam właśnie ocenię sytuację, czy iść dalej, czy zejść do doliny. Byłem zmęczony palącym słońcem, wody miałem mało, ale czułem się na tyle dobrze, by wejść jeszcze na Bystrą. Czas miałem dobry, więc nie spieszyłem się szczególnie oszczędzając jednocześnie siły i wodę na długą drogę powrotną.

Błyszcz i Bystra widziane z okolicy Liliowego Karbu.
Błyszcz i Bystra widziane z okolicy Liliowego Karbu.

Był to najwolniejszy fragment wędrówki, bo i podejście mozolne. Ale emocje związane z osiągnięciem najwyższego szczytu Tatr Zachodnich były tego warte. Spalony słońcem i zasuszony jak wiórki stanąłem na szczycie. Spotkałem tam życzliwych wędrowców, którzy podzielili się ze mną wodą. Spoglądałem w kierunku północno-wschodnim, by wypatrzeć Grzesia, od którego zaczynaliśmy marsz kilka godzin wcześniej. Gdy go dojrzałem, zdałem sobie sprawę, że przeszedłem spory kawałek drogi z dużymi przewyższeniami. Ale wierzcie mi, to piękna i warta litrów potu trasa. Choć byłoby łatwiej i przyjemniej gdyby nie ta zabójcza temperatura.

Widok z Bystrej w kierunku zachodnim. Widać sporą część przebytej trasy.
Widok z Bystrej w kierunku zachodnim. Widać sporą część przebytej trasy.
Widok na wschód. Tatry Wysokie z dobrze widoczną odnogą Krywania.
Widok na wschód. Tatry Wysokie z dobrze widoczną odnogą Krywania.

Żeby dopełnić „formalności” z Bystrej zszedłem tak, by po drodze wstąpić na Błyszcz. A gdy doszedłem do miejsca, w którym nadszedł czas na pożegnanie z granią, natrafiłem na płat śniegu, którym schłodziłem spieczone ręce, kark i twarz. Tutaj też niestety skończyła mi się woda. Na szczęście podczas wędrówki nie musiałem podejmować się desperackiego napadu rabunkowego, bo natrafiłem na źródło, w którym uzupełniłem wodę w butelkach. Przyznam szczerze, że schodząc doliną Starorobociańską przeklinałem już każdy kamień, na którym stawałem. Byłem zmęczony przez co wędrówka mi się dłużyła. Na Grześka nie natrafiłem, nie zgraliśmy się w czasie, a telefony były poza zasięgiem. Najważniejsze jednak było poczucie, że cały ten dzień przyniósł nam wielką satysfakcję i uniknęliśmy złych przygód. W schronisku przyszedł czas na małe podsumowanie działań. Następnego dnia w ramach relaksu udaliśmy się do Kuźnic by odwiedzić Halę Gąsienicową.

Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa

Reasumując zdecydowanie polecamy nasz wariant wszystkim miłośnikom tatrzańskich wędrówek. Rejon, który przemierzaliśmy nie jest tak zaludniony jak inne popularne szlaki w Tatrach. Istnieje dużo możliwości związanych ze zmianą zaplanowanej trasy, co z pewnością daje większe poczucie bezpieczeństwa i trzeźwej oceny własnych możliwości. Do zobaczenia na szlaku… I noście kapelusze ;)


Bartek

Comments: 0