GŁÓWNY SZLAK BESKIDZKI: USTROŃ - KUBALONKA

W drodze na Równicę
W drodze na Równicę

Poruszając ten wątek jestem bardzo ciekawy jak wielu z Was swój „pierwszy raz” z górami miało tam, gdzie miałem ja, czyli w Beskidzie Śląskim. Precyzując, mam na myśli górę rodzinnych pikników i szkolnych wycieczek, na którą można wjechać wyciągiem krzesełkowym. Chodzi mi oczywiście o Czantorię. Ostatnio znalazłem nawet kolorowe zdjęcie z początku lat 90’, na którym - jeszcze jako małe dziecko - siedzę na krzesełku wyciągowym, ba, podobne zdjęcia znalazłem w wersji monochromatycznej u swoich rodziców, z nimi jako dziećmi w roli głównej. Dzięki temu, że kolejka stale cieszy się dużą popularnością i jest na bieżąco poddawana pracom konserwatorskim oraz modernizacyjnym, taką „sweet focię” można sobie zrobić po dzień dzisiejszy. Dlaczego o tym piszę? Może właśnie dlatego, że do tej pory każda z moich niezliczonych wizyt na Czantorii wiązała się z podróżą wyciągiem krzesełkowym i ewentualnym dalszym spacerem na szczyt do wieży widokowej. Pieszo na Czantorię wszedłem pierwszy raz dopiero w zeszłym roku.

Rzeka Wisła
Rzeka Wisła

Stało się to za sprawą chęci przemierzenia pierwszych 30 kilometrów Głównego Szlaku Beskidzkiego ze startem w Ustroniu a kończącym się na wysokości przełęczy Kubalonki. Jest to zdecydowanie zaledwie cząstka długiego na prawie 500km szlaku. Do centrum Ustronia dotarłem wczesnym rankiem i bez zbędnej zwłoki ruszyłem w kierunku pierwszej góry GSB, a mianowicie Równicy. Przeszedłem przez most nad Wisłą, który każdy zna i uciekałem od cywilizacji. Niestety w tym gęsto zagospodarowanym rejonie Beskidu Śląskiego nie jest to wcale łatwe. Prawdziwy las i spokój zaczynają się dopiero w połowie drogi do szczytu. Z tym szczytem to oczywiście małe nadużycie, ponieważ GSB nie wkracza na szczyt Równicy, gdyż na wysokości schroniska PTTK odbija w przeciwnym kierunku na południe. Niestety nie było mi dane tego dnia podziwiać widoków, chmury kłębiły się na tyle skutecznie, by przysłonić widok w odległości kilkudziesięciu metrów. Przynajmniej przed południem nie miałem co liczyć na przejaśnienia. W szybkim tempie przemierzyłem Równicę i niebawem znalazłem się u podnóży wyczekiwanej już przeze mnie Czantorii Wielkiej, bo tak brzmi pełna nazwa szczytu. Przeszedłem przez jezdnię i minąłem szereg zabudowań u podnóży góry, by jak się później okazało znaleźć się na najbardziej stromym tego dnia odcinku trasy. Ten fragment szlaku prowadzący do polany Stokłosica, gdzie swój bieg kończy wyciąg krzesełkowy jest położony po północno-wschodniej stronie góry, która stromo opada w kierunku rzeki Wisły. Niestety z sentymentalnej dla mnie polany nic nie zobaczyłem ze względu na opisywane wcześniej zachmurzenie. Mimo to zrobiłem sobie tu mały postój szczególnie, by zatankować to, co spaliłem na stromym podejściu. Dalej szlak biegnie łagodnie do samego szczytu gdzie znajduje się wieża widokowa. Sens wejścia na nią, by robić zdjęcia mijał się z wiadomych przyczyn z celem więc ruszyłem na południe wzdłuż granicy z Czechami. Od najwyższej w planie mojego przejścia Czantorii droga staje się już bardzo łagodna i wiedzie grzbietem granicznego Pasma Czantorii aż po stosunkowo odległe Kiczory.

Bacówka Światowid
Bacówka Światowid
Cieślarówka w okolicy Cieślara
Cieślarówka w okolicy Cieślara

Ważniejsze szczyty w tym paśmie to kolejno Soszów Mały, Soszów Wielki, Cieślar, Stożek Mały, Stożek Wielki, Kyrkawica i właśnie Kiczory. Po drodze zawsze można odpocząć w schroniskach pod Soszowem czy też na Stożku. Te miejsca tętnią jednak życiem głównie zimą w sezonie narciarskim. Zarówno na Soszowie jak i na Stożkach ulokowane są trasy narciarskie, choć oczywiście nie mogę w tym wątku zapomnieć o popularnej dla sportów zimowych Czantorii. Kiedy dotarłem na Kiczory miałem za sobą blisko 25km przemierzonej trasy co przełożyło się na nieco ponad 5 godzin przyjemnego marszu.

Charakterystyczne formacje skalne w okolicy Kiczor
Charakterystyczne formacje skalne w okolicy Kiczor

Teraz już oddalałem się od granicy z Czechami, tutaj też zaczęła się prawdziwa głusza pozbawiona cywilizacji i samotna droga praktycznie do samej przełęczy oddalonej o około godzinę maszerowania. Na tym odcinku poprawiła się nieco pogoda, nastąpił zdecydowany skok temperatury, a Słońce pojawiało się zdecydowanie częściej. Nawet przy dobrych warunkach atmosferycznych nie ma co spodziewać się zbyt wielu miejsc bogatych w rozległe panoramy. Zdecydowana większość szlaku wiedzie przez bukowy las. Ale jeśli cenimy sobie bliski kontakt z naturą, będziemy zapewne zadowoleni. Po drodze minąłem jeszcze jeden szczyt tym razem o bardzo regionalnej nazwie Beskid i spokojnym krokiem dotarłem do Przełęczy Kubalonka. Początkowo miałem jakiś taki niedosyt, miałem ochotę pójść jeszcze dalej. Przed wyjazdem myślałem, że można by pójść jeszcze w kierunku Baraniej Góry, ale to wymagałoby zdecydowanie wcześniejszej godziny startu i innej pory niż październik, gdy dzień jest już krótki. Tak czy owak, przeszedłem zaplanowany dystans i teraz w szybkim tempie busem PKS dotarłem z powrotem do Ustronia. Po drodze spoglądałem przez okno w autobusie na grzbiet, którym przez ostatnie kilka godzin wędrowałem. Autobus pokonał tę trasę w kilkadziesiąt minut :) Gdy wracałem do domu w głowie jawił mi się już plan kolejnej wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim. Ale o tym innym razem…


Bartek

Comments: 0