SZPIGLASOWY WIERCH

Dolina 5 Stawów Polskich
Dolina 5 Stawów Polskich

Razu pewnego nadarzyła się okazja by przedłużyć sobie weekend i spędzić go jak najbardziej aktywnie. W związku z tym, moja uwaga skupiła się na południu Polski, a konkretnie na tatrzańskich szczytach, dd razu pomyślałem sobie, że przecież w Zakopanem będzie połowa polaków (druga nad morzem), więc ciężko będzie załatwić nocleg. Na schronisko nie ma co liczyć w samym środku sezonu. Jeśli mieliby jakieś wolne miejsca, to tylko na podłodze. Takie życie, Tatry Polskie biją wszelkie rekordy popularności w okresie wakacji. Tak więc, pozostało zakwaterować się gdzieś na Podhalu i zwyczajnie sobie dojechać pod któryś ze szlaków. Na miejscu, po krótkiej aklimatyzacji, zacząłem układać plan wycieczki. Jako, że nie byłem sam, musiałem uwzględnić możliwości swojego towarzysza. I znowu zgryz, gdzie się udać, by droga nie była zbyt męcząca? Tak, by można było zobaczyć zachwycające piękno skalistych szczytów i w razie „awarii” nie mieć problemu z ewakuacją. Pogoda zapowiadała się bardziej, niż zachęcająco, czyli miałem pełne pole do popisu. Postanowiliśmy zobaczyć szlagier Tatr – Morskie Oko, więc kierunek jazdy padł na Łysą Polanę. O dalszych wojażach miała zadecydować pogoda. Już na dzień dobry mieliśmy „Zonka”, gdy dojechaliśmy w okolice parkingu. Okazało się, że jest już pełny. Ludzie! O 7.00 nie było już wolnych miejsc!!! Kierowcy zawracali z kolejki do parkingu i ustawiali się na poboczu w stronę Nowego Targu. Nie wróżyło to niczego dobrego jeśli chodzi o ciszę i spokój w Tatrzańskim Parku Narodowym. Impulsy nerwowe między moimi neuronami zaczęły przeskakiwać niczym iskry w pierwszym aparacie Tesli i skierowaliśmy się na parking u naszych słowackich sąsiadów. A tam kolejne zaskoczenie – pusto! No nie, czy spośród tylu kierowców turystów, nikt prócz mnie, nie wpadł wcześniej na taki pomysł. Tym lepiej dla nas. Po tym jak Słowak otrzymał różowego Bolesława Chrobrego, mogliśmy spokojnie udać się w stronę naszego celu. Było dosyć wcześnie, więc sporo wariantów do zrealizowania. W wolnych, demokratycznych wyborach, jednogłośnie wybraliśmy, że do Morskiego Oka pójdziemy zahaczając po drodze o Dolinę Pięciu Stawów Polskich. I tak też się stało, przy Wodogrzmotach Mickiewicza weszliśmy na szlak, rozpoczynając spacer leśną ścieżką. Nie specjalnie przepadam za lasem, ponieważ nie ma obszernych widoków, jest parno i dużo komarów. Pokonując kolejne odcinki trasy co rusz mijaliśmy turystów-spacerowiczów. W końcu środek sierpnia. Tyle dobrego, że tak zwani grzybiarze górscy skutecznie chowali się przed oczami piechurów, udając się w głąb lasu za swą potrzebą. Nie mniej jednak, tak duża ilość ludzi na jednym szlaku może być co najmniej ryzykowna w górach. Za wąsko, za wysoko, za mało doświadczenia, braki w wyposażeniu i wypadek gotowy. Wspomnę tylko, że już widziałem na własne oczy nastolatkę ubraną w top a’la bikini, majtko-stringi i JAPONKI!!! I nie było to na plaży w Sopocie przy 30 st. upale, a na Giewoncie w miesiącu maju. Dziewczyna musiała urodzić się w czepku skoro z takimi pomysłami dożyła nastoletniego wieku. Wracając do meritum mojego monologu, w pewnym momencie szlak do Pięciu Stawów rozwidla się dając możliwość wykazania się kondycją lub spokojnym przejściem tuż obok Siklawy, górskiego wodospadu. Wybrany został łagodniejszy wariant i po niedługim czasie przed oczami wyłoniła nam się panorama Wielkiego Stawu i przepięknej doliny ze szczytami odbijającymi się w spokojnej tafli wody. Dzień był jeszcze młody, pogoda dopisała jak na zamówienie, więc mogliśmy trochę poleniuchować rozkoszując się widokami. Po obserwacji zachowania nieboskłonu, posiłku regeneracyjnym i przeanalizowaniu „za i przeciw”, jednogłośnie postanowiliśmy przejść do Morskiego Oka przez Szpiglasową Przełęcz, drogą zdecydowanie bardziej wymagającą od szlaku przez Świstówkę roztocką, ale i bardziej widokową. Bez przesady można użyć sformułowania „widoki zapierające dech w piersiach”. To jedno z tych miejsc, w których zwykły człowiek fizycznie doświadcza cienkiej granicy pomiędzy życiem, a śmiercią – gdzie nie spojrzeć przepaść, albo kilkaset metrów kamienistego zbocza stromo opadającego do doliny. Można to ująć też w taki sposób: połowa drogi od schroniska jest płaska jak naleśnik, a reszta pionowa jak Wieża Eiffla. Nawierzchnia podejścia na Szpiglasowy Wierch od południowej strony jest kamienista, o zróżnicowanym ukształtowaniu, a co za tym idzie w parze, mocno niestabilna. Zresztą znając ten teren, można zaobserwować, że po każdej zimie szlak wiedzie trochę inaczej. Powód? Lawiny kamienne. Latem dzień jest dłuższy, dzięki czemu marszruta może być wolniejsza. Zresztą gdzie się spieszyć na takiej wysokości przy wzorowej pogodzie. Przełęcz została osiągnięta po niemałym wysiłku, ale wartym każdej kropli potu. W tym miejscu bywałem już kilkukrotnie, ale dopiero podczas tej wyprawy, po raz pierwszy widziałem wierzchołek Szpiglasowego Wierchu. Tabliczka podawała informację, że potrzeba 15 minut do super widoków. W czasie, gdy mój kompan odpoczywał, ja udałem się w górę i stanąłem w miejscu, w którym jeszcze nie byłem. I było warto. Z jednego miejsca widać od północy całą Orlą Perć, cała Dolinę Pięciu Stawów Polskich, a od południa fragment Morskiego Oka, część Czarnego Stawu pod Rysami i dolinę pod Mnichem. Uhmm, fantastyczne miejsce. Zejście do Doliny Rybiego Potoku to w zasadzie jak marsz po schodach, tyle że ułożonych z kamieni, a nie wylanych z betonu. I tak cały czas w dół, aż do schroniska albo bólu kolan, które przy schodzeniu cierpią najbardziej. Nam to drugie było zaoszczędzone, dzięki czemu dalsze 12 km po asfalcie, prowadzące do auta, nie było drogą krzyżową dla naszych stawów. Ale wcześniej spotkała nas niespodzianka. Otóż przed ostatnim trawersem na szlaku, dało się usłyszeć donośne porykiwania. Pomyślałem sobie, że istnieje duże prawdopodobieństwo zobaczenia niedźwiedzia w jego naturalnym środowisku. Nie było nam jednak dane spotkać Yogi’ego. Krótki pobyt w schronisku i wymarsz, bo dzień pomału dobiegał końca. Podczas schodzenia do parkingu, jedna z grup turystów dyskutowała coś o łosiu, który wyszedł na szlak. Aha, pomyślałem, to musiał być autor porykiwań, które słyszeliśmy. Rzadko mi się to zdarzało, więc i tak nieźle. Zatem, wydarzeniem nawiązania bezpośredniego kontaktu z naturą mogliśmy spokojnie zakończyć naszą wyprawę. Do następnej przygody…

 

Rafał

Comments: 0